The Lennings to mało znany, amerykański zespół z Austin, który nawet w swoim kraju nie robi zbyt zawrotnej kariery. Ostatnio zrobiło się o nich trochę głośniej za sprawą coveru do jednej z bardziej znanych piosenek wrzechczasów – You’re the One That I Want.
Wersja The Lennings, w przeciwieństwie do tej oryginalnej pochodzącej z musicalu Grease, jest o wiele wolniejsza i spokojna. Wydobywa z utworu inny charakter, kładzie nacisk bardziej na przekaz i słowa, niż taneczność.
Zespół nagrał również teledysk domowej produkcji, który przedstawia jak woda w rondlu powoli zaczyna się gotować.
Ten teledysk jest eksperymentem - tłumaczy zespół na swoim blogu - Chcieliśmy się przekonać, czy piosenka jest na tyle dobra, że ludzie będą w stanie oglądać gotującą się wodę, by przesłuchać utwór do końca.
The Lennings „You’re the One That I Want”
Olivia Newton John i John Travolta „You’re the One That I Want”
Żyjemy w Europie, a mimo to większość z nas nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w kraju obok. Dochodzą do nas skrawki informacji o polityce, zbieramy w głowie kilka stereotypów, czasem uda nam się gdzieś wyjechać i zdobyć pełniejszy obraz. Ale ile wiemy o muzyce Portugalii, Francji, Norwegii? Ja niewiele. Jesteśmy na to trochę skazani, bo w radiu słychać większość produktów amerykańskich, angielskich i tylko czasami poleci coś z Polski.
Dlatego postanowiłam otworzyć nową serię artykułów przybliżających muzykę ze świata, bo sama jestem ciekawa co się dzieje wokół. Nie jestem zadowolona tylko z tytułu, jaki wymyśliłam. Nie jest zbyt oryginalny. Jeśli macie coś lepszego, to dawajcie.
Z każdego kraju wybiorę kilka zespołów lub piosenkarzy, którzy najbardziej przyciągnęli moją uwagę. Zaczynam od Francji, wybór jest całkowicie przypadkowy.
Pierwsza z ciekawszych rzeczy, na które trafiłam z życia stolicy, to projekt P20ris. Jest to program telewizji oparty na uchwyceniu 20 artystów w 20 różnych dzielnicach Paryża. Wielu z piosenkarzy występujących w programie jest nienznanych szerszej publiczności, występują w małych klubach lub grają na ulicach. P20ris to następny argument dla którego Francja jest krajem bardziej cywilizowanym od Polski. Dbają o swoich artystów, choć nie tylko, bo w programie występują również muzycy z Belgii, czy Irlandii.
Mimo iż francuski jest uważany jednym z najbardziej śpiewnych i romantycznych języków, niewielu artystów decyduje się na wykonuwanie utworów w języku ojczystym. Do tej większości nie należy, przypominająca Vanessę Paradis, Lisa Portelli.
Piosenka zaśpiewana przez nią w programie jest krótka, lecz pozostawia niedosyt i chce się słuchać jej więcej. Polecam również bardzo dobry teledysk do melancholijnej piosenki L\’Echelle
Lisa Portelli L’horizon
Następnym zespołem, któy wyłowiłam z P20ris, są Namaste’. W ich muzyce jest jakiś dziwne reagge’owy zaśpiew, a mimo to nie można przypisać muzyki Namaste’ właśnie do tego gatunku. Wokalista rapuje i śpiewa na przemian, w piosence L’absurde wykorzystali też wiolonczelę, więc widać że idą raczej w kierunku stworzenia własnego stylu. Na pewno nie zmieniają świata swoim graniem, ale nie o to zawsze chodzi. Ważne jest to, że niosą dużo pozytywnej energii.
Jeśli chcecie zagłębić się w paryskie mini kocerty, to polecam również Mademoiselle K, Ben Mazue oraz belgijkę Selah Sue, która wykonała świetny cover Lauren Hill.
Namaste’ L’absurde
Następnym, godnym polecenia projektem są sesje urządzane przez portal Soul Kitchen.
Zespołem, który wyróżnia się spośród wielu różnych jest Skip the Use. Śpiewają głównie po angielsku, z ostrym akcentem, ale może to i lepiej, bo teksty mają dość mocne. Wokale również i w ogóle wokalista wygląda na niezłego wariata, kiedy na koniec jednej z piosenek udaje konia. (Give me your life)
Skip the Use PIL
Główną tendecję, jaką można zauważyć na francuskim rynku, to taka iż lubią kobiety z gitarą. Muzyka, która nie przeszkadza, lecz nie wzbogaca życia. Wystarczy posłuchać francuskiego odpowiednika India. Arie, czyli Irmy lub Joyce Jonhatan. Z drugiej strony, jeśli właśnie tego słuchają Francuzi w radiu, to nie dziwię się, że są spokojniejszym i bardziej wyluzowanym narodem niż Polacy.
Bardziej alternatywne brzmienia prezentująją Les Negressess Vertes coś pomiędzy jazzem, a acid jazzem. Kojarzą mi się z wczesnymi składankami Pozytywnych Wibracji, bardzo pozytywnie. Niestety nie mają żadnego profesjonalnego teledysku:
Natomiast Hushpuppies grają coś w stylu garażowego rocka. Nie odróżniają się za bardzo od grup swojego pokroju, ale z drugiej strony nie rażą i daje się ich słuchać. Teledysk do You’re gonna say yeah jest wybitnie francuski: miało być śmiesznie, ale nie jest.
Na koniec, żeby wzmocnić uderzenie, punkowa grupa z lat ’80, Les Thugs. Grają naprawdę ostro i dobrze. Wniosek? Najlepsza muzyka to ta, która już była, a nie ta, która jest.
Na nowej płycie Black Keys dokonali tego, co przydarzyło się wielu kultowym zespołom: sprzedali się. Ale za to w wielkim stylu.
El Camino może podzielić słuchaczy. Fani śledzący losy zespołu od samego początku, będą narzekali na brak charakterystycznego, szorstkiego i surowego brzmienia. Jednak, jak często zdarza się w takich sytuacjach, dzięki tej płycie, Black Keys zyskają sobie nowych wielbicieli, którzy docenią wpadające w ucho riffy.
Nie można narzekać na tę zmianę stylu. Jest to już siódmy album w ich dorobku i byłoby nienaturalne, gdyby za wszelką cenę próbowali trzymać się kurczowo tego samego brzemienia. Szczególnie, że, członkowie zespołu, Dan Auerbach i Patrick Carney lubią eksperymentować. W 2004 roku zamknęli się w opuszczonej fabryce gumy i dzięki temu album, który powstał, Rubber Factory, zyskał niewymuszenie niepowtarzalny charakter. Z kolei Attack & Release z 2008 roku, to jedna z najbardziej wyciszonych i melancholijnych, a przy tym najlepszych, płyt zespołu.
Po niej przyszedł sukces o nazwie Brothers, który spadł na zespół w sposób zupełnie niespodziewany.
Przeszliśmy długą drogę, żeby znaleźć się tu, gdzie teraz jesteśmy - mówi perkusista Pat Carney - To wspaniale mieć 30 lat i robić muzykę ze swoim najlpeszym przyjacielem. Doświadczyliśmy już wszystkiego w swojej karierze, od jeżdżenia tysiące kilometrów, żeby grać dla trzech osób, do zdobycia Grammy.
Po wielu latach grania w mniejszych salach przyszedł dla nich czas na stadiony, nagrody, słowa uznania i najpopularniejsze programy telewizyjne, choć ciężko jest wytłumaczyć co na Brothers stało się strzałem w dziesiątkę. Nie zrezygnowali z bluesowego posmaku, a jednak bardziej rozbudowane utwory i odejście od szorstkiej prostoty przemówiły do stacji radiowych.
Nie inaczej stanie się z El Camino, mimo iż ciężko ją porównać do poprzednich nagrań Black Keys. Napewno jest to ich naradośniejsza płyta. Oprócz pięknego i lirycznego Little Black Submarines opartego na gitarach akustycznych i melancholinym głosie Dana Auerbacha, reszta utworów jest wręcz taneczna.
Mimo iż może na to wyglądać, nie jest to jednak ukłon w stronę masowej publiczności, która nagle ich pokochała. Stary duch Black Keys nadal tkwi w tych nagraniach, lecz tym razem zamiast siedzieć w zadymionym pokoju, sącząc whiskey i opowiadając smutne historie, postanowił wyjść na miasto i trochę się zabawić.
Słychać to przede wszystkim w Stop Stop, singlu Lonley Boy, czy Gold on the Ceiling, gdzie szybkie tempo podkreślają również rozszalałe wokale i kobiece chórki.
Niech was nie zwiedzie jednak ten zabawowy ton, ponieważ kryją się pod nim nierzadko smutne historie. El Camino to świetna płyta, która z pewnością jest w stanie przekonać do siebie nawet tych pesymistów, którzy będą tęsknili za czasami, w któych Black Keys grali dla 10 osób. Siła tego zespołu polega jednak na tym, że nawet w momencie największej sławy trzymają się jednej, żelazną zasady: być wiernym sobie.
Zespół Paula i Karol już od kilku lat albo wyskakuje z krzaków na warszawskim żoliborzu albo daje spontaniczny koncert na placu Zbawiciela; robią trasę po całej Europie i ich grupa fanów się powiększa, ale o teledyskach nie było mowy. Aż do teraz. Dzisiaj odbyła się premiera najnowszego teledysku do singla „Calling”.
Jego styl pasuje do samej piosenki. Dużo w nim światła i przestrzeni. Prosty pomysł bez zbędnego dobudowywania formy. Ich muzyka, tak samo jak zdjęcia teledysku, niosą ze sobą dużo pozytywnej energii. Dobra odtrutka na zimę.
Mieszkańcy Poznania będą mieli okazję zobaczyć zespół na żywo jutro w klubie Scena pod Minogą.
Mam wrażenie, że w ostatnich tygodniach za dużo na tym blogu zostało powiedziane o Florence Welsch. Prawdę mówiąc zastanawiałam się czy w ogóle warto wspominać o jej nowej płycie. Jednak jest to jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów (również przeze mnie) tak więc nie należy go przemilczeć.
Poprzednia płyta Florence and the Machine pt. Lungs trafiła do mnie w idealnym momencie. Wydawało mi się, że już dawno nie słyszałam nic tak mocnego. Mieszanka jej głosu, harf, harmonii, sprawiła, że płyta pochłonęła mnie na wiele miesięcy. Na dodatek ostatnio znalazłam płytę z pierwszymi nagraniami i coverami nagranymi przez Florence, która rozbudziła na nowo mój zapał do artystki. Dlatego na Ceremonials czekałam pełna obaw: że czar pryśnie, że pójdzie w stronę disco, że miłość się skończy.
Pierwszy singiel z albumu, What the water gave me, zepchnął moje obawy na drugi plan i rozpalił na nowo nadzieje. Mrok, głębia, oryginalność, piękna melodia i siła. Świetnie.
Drugi „teaser”, Shake it up, nie prekonuje od razu. Jednak muszę przyznać, że to szybki utwór, który napawa pozytywną energią i sprawdza się na playliście do biegania. A reszta? Reszta tekstu mogłaby być niestety listą 99 argumentów, dla których ta płyta rozczarowuje. Przytoczę jednak tylko kilka z nich.
Większość utworów na Ceremonials zbudowana jest według podobnego patentu: zaczyna się wolno, kończy szybko. Po jakimś czasie niestety taka budowa staje się zbyt przewidywalna i zaczyna być monotonna. Szczególnie że słabe melodie nie zostają w głowie ani po pierwszym, ani po piętnastym przesłuchaniu. Mimo iż cały czas łudziłam się, że nowy materiał Florence w końcu coś we mnie poruszy, na marne.
Jest w tych piosenkach dużo nadbudowy, chórki, elektronika, multiinstrumentalizm, ale brakuje głębi. Utwory, mimo swojego skomplikowania, zdają się trwać w nieskończoność. Dany pomysł cieszy może 30 sekund, lecz jest ciągnięty przez 5 minut, a czasem ma się wrażenie, że ta sama melodia przewija sie wręcz przez każdy utwór, przez co cała płyta zamienia się w szarą, błotnistą masę, któa ciągnie się niemożebnie. Za mało jest w tym wszystkim energii i życia, by można było wyłowić choć poszczególne fragmenty zasługujące na uwagę. Jestem w stanie pomyśleć, że Florence miała tyle pracy w związku z wydaniem pooprzedniej płyty, że nawet nie zdążyła wziąć oddechu, kiedy wytwórnia płytowa zaczęłą domagać się kolejnych dochodów. Tak to niestety brzmi.
Teksty, które mogłyby stać się ostatnią deską ratunku, są tylko brzytwą. Wersów w stylu: No light, no light in your bright blue eyes, spodziewałabym się od producentów polskich wykonawców klasy C, ale nie kogoś, dla którego język angielski jest językiem ojczystym. Słabo. Szczególnie, że na poprzednie płycie Flornce udało się stworzyć kilka ciekawych historii. Teraz myślę, że wolałabym słuchać kojących odgłosów lasu lub tybetańskich mantr, niż tego, co przydaża się piosenkarce.
Jest mi bardzo przykro, że muszę pojechać po tej płycie po całości. Niestety na to zasłużyła. Lubię Florence i uważam, że jest oryginalną i charyzmatyczną piosenkarką. Nową płytą niestety tego nie udowadnia. Pozostaję przy Lungs i wspaniałym wykonaniu Chains zespołu Fleetwood Mac, na zeszłorocznym Glastonbury.
ps. Jeśli chcecie przedłużyć błogi stan oczekiwania na koniec płyty, posłuchajcie wersji Deluxe, na której znajdziecie odpady z sesji i wersje akustyczne niektórych utworów. Warto dodać, iz wersje demo zabijają jakąkolwiek iskrę, która w ostatecznym produkcie gdzieś się może tlić. Tylko dla wytrwałych!