Gdyby ten blog miał mieć swojego patrona, bez wątpienia byłby nim zespół The Black Keys. To od nich wszystko się zaczęło. A ponieważ Dan Auerbach ma sto tysięcy pomysłów na sekundę i na dodatek udaje mu się realizować jakieś 37 % z nich, przewija się tu z miarową powtarzalnością. Przypomina tym Jack’a White’a, który co dwa miesiące wydaje płytę z innym zespołem i na dodatek nie odbiega od wcześniej wyznaczonego wysokiego poziomu.
W tej mojej alegorii, perkusiście Black Keys – Patowi Carneyowi, rosną długie włosy i zamienia się w Meg White. Prawie. Bo producenci oraz Auerbach zgodnie podkreślają, iż wkład artystyczny Carneya jest nieoceniony i niedoceniany.
Nie przeczę, że tak jest, co nie zmienia faktu, że kiedy pierwszy raz włączyłam “Brothers”, pomyślałam, iż w tle nadal pobrzmiewają utwory, które nie mogły znaleźć się na solowym projekcie Auerbacha – “Keep It Hid”. Producent ten sam (Mark Neill), brzmienie podobne, przester na wokal, z którym ostatnio Auerbach chyba się nie rozstaje. Ale nie do końca tak jest, czasem nawet pierwsze myśli nie są najtrafniejsze. I właśnie tutaj dochodzi rola Carneya, który swoim uderzeniem nadaje utworom właśnie ten black keysowy charakter.
Już od pierwszych taktów ta płyta ponosi. “Everlasting Light” ze zdecydowanym rytmem oraz falsetem Auerbacha kontrastującym z brudnym, rockowym brzmieniem. Dalej nie zwalniają. Już na trzecim miejscu znajduje się singlowe “Tighten Up“. Mimo braku konkretnego refrenu – świetny riff i zaczepne pogwizdywanie. Czuć, że Auerbach coraz częściej bawi się swoim głosem, umie budować napięcie, przekazywać rozdrażnienie (“Next Girl“), a kiedy potrzeba jest melancholijny (“Too Afraid To Love You”). I może właśnie ten ukryty, bluesowy smutek jest pomostem między “Brothers” i “Keep It Hid“. Smutek oraz ledwo wyczuwalne, stare r&b w coverze Jerr’ego Butlera “Never Gonna Give You Up“.
Amerykańskie gazety już okrzykują ich kultowymi, już budują ołtarze na ich cześć. Nie będę szła tak daleko, choć trzeba przyznać, że wybijają się o niebo wyżej nad współczesny poziom blues rocka. Mają stare, chropowate dusze i otwarte głowy, co pozwala na tworzenie własnej muzyki, niezmąconej opiniami producentów i wytwórni.
A ich nawiązania do przeszłości lub nagrywanie na starych instrumentach w fabryce gumy, to wcale nie jest przesadna egzaltacja. Oni tak po prostu grają, to jest ich brzmienie i czuć w tym wszystkim szczerość. Mimo ostatnich oskarżeń ze strony fanów, że zespół się sprzedał, bo pozwolili na wykorzystanie utworu “Chop and Change” w filmie “Zmierzch”.(Swoją drogą tutaj znowu schodzą się drogi Auerbacha i White’a, ponieważ na soundtracku znajdzie się również utwór nowego zespołu White’a “The Dead Weather”).
Takie już przekleństwo naszych czasów, że radio, a nawet telewizja, straciły swoją rolę w promowaniu muzyki i trzeba teraz szukać po facebookach, reklamach i filmach młodzieżowych. Na szczęście muzyka Black Keys na tym nie traci.
The Black Keys “Tighten Up”
The Black Keys “Next Girl”