Na nowej płycie Black Keys dokonali tego, co przydarzyło się wielu kultowym zespołom: sprzedali się. Ale za to w wielkim stylu.
El Camino może podzielić słuchaczy. Fani śledzący losy zespołu od samego początku, będą narzekali na brak charakterystycznego, szorstkiego i surowego brzmienia. Jednak, jak często zdarza się w takich sytuacjach, dzięki tej płycie, Black Keys zyskają sobie nowych wielbicieli, którzy docenią wpadające w ucho riffy.
Nie można narzekać na tę zmianę stylu. Jest to już siódmy album w ich dorobku i byłoby nienaturalne, gdyby za wszelką cenę próbowali trzymać się kurczowo tego samego brzemienia. Szczególnie, że, członkowie zespołu, Dan Auerbach i Patrick Carney lubią eksperymentować. W 2004 roku zamknęli się w opuszczonej fabryce gumy i dzięki temu album, który powstał, Rubber Factory, zyskał niewymuszenie niepowtarzalny charakter. Z kolei Attack & Release z 2008 roku, to jedna z najbardziej wyciszonych i melancholijnych, a przy tym najlepszych, płyt zespołu.
Po niej przyszedł sukces o nazwie Brothers, który spadł na zespół w sposób zupełnie niespodziewany.
Przeszliśmy długą drogę, żeby znaleźć się tu, gdzie teraz jesteśmy - mówi perkusista Pat Carney - To wspaniale mieć 30 lat i robić muzykę ze swoim najlpeszym przyjacielem. Doświadczyliśmy już wszystkiego w swojej karierze, od jeżdżenia tysiące kilometrów, żeby grać dla trzech osób, do zdobycia Grammy.
Po wielu latach grania w mniejszych salach przyszedł dla nich czas na stadiony, nagrody, słowa uznania i najpopularniejsze programy telewizyjne, choć ciężko jest wytłumaczyć co na Brothers stało się strzałem w dziesiątkę. Nie zrezygnowali z bluesowego posmaku, a jednak bardziej rozbudowane utwory i odejście od szorstkiej prostoty przemówiły do stacji radiowych.
Nie inaczej stanie się z El Camino, mimo iż ciężko ją porównać do poprzednich nagrań Black Keys. Napewno jest to ich naradośniejsza płyta. Oprócz pięknego i lirycznego Little Black Submarines opartego na gitarach akustycznych i melancholinym głosie Dana Auerbacha, reszta utworów jest wręcz taneczna.
Mimo iż może na to wyglądać, nie jest to jednak ukłon w stronę masowej publiczności, która nagle ich pokochała. Stary duch Black Keys nadal tkwi w tych nagraniach, lecz tym razem zamiast siedzieć w zadymionym pokoju, sącząc whiskey i opowiadając smutne historie, postanowił wyjść na miasto i trochę się zabawić.
Słychać to przede wszystkim w Stop Stop, singlu Lonley Boy, czy Gold on the Ceiling, gdzie szybkie tempo podkreślają również rozszalałe wokale i kobiece chórki.
Niech was nie zwiedzie jednak ten zabawowy ton, ponieważ kryją się pod nim nierzadko smutne historie.
El Camino to świetna płyta, która z pewnością jest w stanie przekonać do siebie nawet tych pesymistów, którzy będą tęsknili za czasami, w któych Black Keys grali dla 10 osób. Siła tego zespołu polega jednak na tym, że nawet w momencie największej sławy trzymają się jednej, żelazną zasady: być wiernym sobie.